poniedziałek, 10 listopada 2014

Rozdział V "Początek wojny"

Rozejrzałem się dookoła. Jedno wielkie pustkowie, same góry i drzewa, za którymi mogłaby ukryć się nawet armia. Pobiegłem z powrotem do sklepu znowu przerywając liżącym się kochankom, ble. Faydee spojrzał na mnie zdenerwowany, ale nie dałem mu nic powiedzieć. Wytłumaczyłem mu, że dosłownie minutę temu ktoś przestrzelił mi opony i nie ruszę się stąd dopóki tego kogoś nie zabiję. Poprosiłem go o osłanianie mnie w trakcie przeszukiwania lasu. Z bagażnika pożyczonego Mercedesa wyjąłem dwie kamizelki kuloodporne, karabiny, podręczne pistolety oraz paczkę amunicji. Po ubraniu kamizelek ruszyliśmy w poszukiwania.
Ktokolwiek to zrobił nie był miło nastawiony. Będąc szczerym większość ludzi nie jest do mnie miło nastawiona więc może to być ktokolwiek... Ojciec, matka jednego z zabitych przeze mnie ludzi, paru gości z przeciwnego nam gangu albo starzy "znajomi". Oni wszyscy wchodzą w grę.

Błądziliśmy po zarośniętym wzgórzu stąpając prawie niesłyszalnie, nasłuchiwaliśmy najcichszego dźwięku, szukaliśmy najmniejszego ruchu.
-Hej, Niall też to widziałeś? - usłyszałem za sobą cichy szept.
-Nie, co widziałeś Feyds?
-Liście poruszyły się na tamtym krzaku. - stwierdził wskazując wielki, zielony krzew leszczyny. Zanim zdążyłem się dokładnie przyjrzeć z między gałęzi wyszła słodka dziewczyna w czarnej, zwiewnej sukience. Zupełnie oszołomiony patrzyłem się na nią. Piękna, idealna wręcz, jej oczy koloru brązowego perfekcyjnie komponowały się z ciemnymi włosami. Uśmiechnęła się szeroko sięgając do kieszonki z tyłu sukienki. Momentalnie spoważniała i szybkim ruchem ręki wyjęła lśniący srebrny pistolet zza pleców celując go w moją klatkę piersiową. Strzeliła, poczułem dreszcz przechodzący w dół mojego kręgosłupa i mocną siłę uderzającą moje ciało na chwilę zabrakło mi oddechu, ale kamizelka uratowała mi życie.

Pobiegliśmy kawałek do tyłu i zatrzymaliśmy się przy dosyć szerokim drzewie. Ukryliśmy się za nim i zaczęliśmy ostrzał. Dziewczyna padła od strzału w nogę prawie natychmiastowo. Chwila ciszy, którą przerywał jej cichy szloch. Nagle zza pobliskiej skały ukazały się dwie kolejne postacie, dobrze mi znane. Styles i Tomlinson. Czyli jednak nadal ze sobą trzymają, no cóż, poradzimy sobie z nimi. Już celowałem prosto w czoło Harry'ego. Przyłożyłem palec wskazujący do spustu karabinu jednak irytujący głos Louisa przerwał mi.
-Nawet nie próbuj Horan bo coś przypadkiem może stać się twojej suczce. - ironiczny śmiech rozniósł się echem po lesie. - Przychodzimy tu na razie w pokoju, na razie... Twoje marne kółeczka ucierpiały tylko dlatego, że chcieliśmy cię tu jakoś sprowadzić, czas na negocjacje, ale tylko w sześć oczu. - wygłosił Tommo spoglądając z pogardą na mojego towarzysza. - Kolego, możesz już odejść, na nic się nie przydasz. - rozkazał Fatrouniemu. Chłopak lekko oburzył się, ale gdy spojrzał na mnie i zobaczył jak kiwam głową dając mu znak żeby odszedł, posłusznie to zrobił.

*
Wróciłem do domu troszeczkę po obijany: limo, zdarte kolana i nic więcej. Niby mała potyczka, ale ważne żeby Nicole o niczym się nie dowiedziała. Wszedłem do pokoju Chachi, która mimo późnej godziny wciąż była na nogach. Sprzątała pokój i szafkę z aktami. 
-Hej, dlaczego jeszcze nie śpisz? - zapytałem cicho zerkając przez szparę w na wpół otwartych drzwiach.
-Niall, to wszystko wróciło, ale tym razem poradzę sobie, ok i nie rozmawiajmy o tym, nie chcę. - wyznała wciąż trzymając głowę między szufladami pełnymi papierów. Wyjrzała z pomiędzy nich na moment a jej szczęka opadła na mój widok. - Mój boże, co ci się stało?! - krzyknęła mało nie budząc reszty domowników. 
-Ciszej trochę, miałem spotkanie, które trochę wymknęło się spod kontroli i chciałbym żebyś to jakoś zatuszowała, nie chce żeby ONA się dowiedziała, proszę. - wybłagałem. Chrissy zapaliła lampkę przy jej toaletce i kazała mi usiąść na drewnianym krzesełku barowym. Nałożyła mi warstwę tapety, jakiś korektor i puder. Chyba chciała mnie nauczyć jak to robić, ale nie słuchałem jej. Zastanawiałem się nad dzisiejszą rozmową z Harry'm i jego przyjacielem. Cholera, oni mogą mnie zniszczyć, ale jestem Niall James Horan i nie poddam się dwóm chłopakom z pistoletami. Dziewczyna, którą postrzeliłem, z tego co się dowiedziałem - Juliet raczej mi już nie stanie na drodze... 

Po skończonym makijażu wziąłem szybki prysznic i wróciłem do swojego przytulnego pokoiku. Na moim  ogromnym łóżku leżała skulona w rogu, drobna dziewczyna. Włosy opadały jej na nieskazitelną twarz, ale widziałem jak uśmiecha się przez sen. Położyłem się obok niej. Korciło mnie by położyć rękę na jej biodrze, ale nie mogłem. Oh, Horan przecież tobie wszystko wolno. Skarciłem się w myślach, ale i tak nie chciałem obudzić tej cudownej istotki. 

Niespokojne myśli wciąż krążyły po mojej głowie, zatrzymywały oddech. Nie mogłem pogodzić się z tym co może mnie niedługo czekać przez w pewnym rodzaju moją głupotę. Przykryłem się szczelnie kołdrą gdy zimne ciarki przeszły po moim ciele. Zadrżałem z chłodu unoszącego się w pokoju. Nicole chyba też to poczuła. Obróciła się szukając wygodnej pozycji. Zatrzymała się na lewym boku obejmując moją nagą klatkę swoim chudym ramieniem. Nagle wszystkie smutki, wszystkie myśli, problemy rozpłynęły się zostawiając po sobie jedynie szeroki uśmiech na mojej twarzy. Zasnąłem w przeciągu paru sekund odwzajemniając objęcie i całując ją delikatnie w czoło.